poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Budapeszt za niecałe 300 zł- kolejne dni + podsumowanie

Następnego dnia obudziliśmy się wcześnie rano i poszliśmy do głównego pomieszczenia zjeść wielkanocne śniadanie. Byliśmy jako pierwsi więc nie czuliśmy krępacji. Po kilkunastu minutach zeszli się inni oraz Doris, która zaczynała swoją pracę w piżamie (pracownicy na swoich zmianach tam mieszkają co powoduje, że atmosfera jest jak najbardziej domowa i taka naturalna).

Po śniadaniu wyszliśmy pozwiedzać miasto. Ruszyliśmy w kierunku Wielkiej Synagogi, później w kierunku Bazyliki św. Stefana, a następnie jedną z głównych ulic; Andrássy út, na której znajduje się Węgierska Opera Państwowa, Muzea, a na końcu Plac Bohaterów. Tam dłuższa chwila odpoczynku, spróbowanie Langosza i powrót. Ulica ma około 2.5 km, więc wracając wybraliśmy metro ( M1 czyli najstarsza linia w Budapeszcie). W tamtejszym metrze nie kasuje się biletów w bramkach, tylko przy takich słupkach, a pilnuje tego wszystkiego strażnik. W tym przypadku bardzo łatwo ominąć kasowanie biletu. My początkowo powiedzieliśmy, że chcemy sprawdzić tylko mapę metra, więc widział że wchodzimy bez kasowania. Sprawdziliśmy i zaczęliśmy się zastanawiać; skasować czy jechać na gapę ? Coś kusiło żeby jechać bez, ale czułam taką dziwną niepewność. Ostatecznie skasowaliśmy. Weszliśmy do metra, stanęliśmy zaraz przy wyjściu, przejechaliśmy jeden przystanek, a tu proszę...tak zwany "kanar" wchodzi w drzwi przy których staliśmy i sprawdza nas jako pierwszych...ale ulgaaa. Wysiedliśmy na stacji Vörösmarty tér. Znaleźliśmy się na placu, gdzie odbywał się Wielkanocny targ, poszukaliśmy miejsca żeby zjeść tradycyjną węgierską potrawę czyli gulasz ( ciekawostką jest, że do ceny zamówienia naliczają dodatkowo opłatę za obsługę). Ruszyliśmy dalej w kierunku Mostu Łańcuchowego ( chyba najładniejszego w Budapeszcie ). Przeszliśmy na drugą stronę rzeki Dunaj, a później znów na stronę Pestu mostem Elżbiety. Koło 15 wróciliśmy na chwilę do hostelu odpocząć, wypić kawę i wyjść aż się ściemni. Chcieliśmy zobaczyć podświetlony Most Łańcuchowy, Basztę Rybacką oraz Parlament, który faktycznie robi wrażenie. Poszwendaliśmy się po hucznym mieście i wróciliśmy do hostelu około 1 w nocy. Następnego dnia powrotny autobus był o godzinie 17:05, więc mieliśmy jeszcze czas pochodzić po mieście i zobaczyć panoramę Budapesztu w dzień wchodząc na górę Gellerta.
W Krakowie byliśmy o godzinie 00:20, z Krakowa do Tarnowa kupiliśmy bilet na godzinę 01:14,do domu weszłam przed 04:00.



Budapeszt jest piękny zwłaszcza nocą, inni porównują go do Paryża, jednak jest zdecydowanie czystszym miastem i faktycznie ma coś w sobie ze stolicy Francji.

Jeśli ktoś wybiera się do Budapesztu i zastanawia się ile czasu poświęcić na zwiedzanie to mogę powiedzieć że 2-3 dni wystarczą, no chyba że ktoś zamierza poimprezować ;)

ZOBACZYLIŚMY: 


*Górę Gellerta
*Most Wolności
*Bazylikę św. Stefana
*Węgierską Operę Państwową
*Plac Bohaterów
*Most Łańcuchowy
*Basztę Rybacką
*Zamek Królewski w Budzie
*Kościół Macieja
*Budynek Parlamentu


KOSZTY OGÓLNE: 


Transport:
Tarnów-Kraków-Budapeszt-Kraków-Tarnów ( pociąg: 12 zł w dwie strony + Polski Bus: 56 zł w dwie strony ) razem: 68 zł/ os.

Nocleg:
129 zł/os za dwie noce

Inne wydatki: 
Wymieniliśmy po około 100 zł na HUF.

Całość to około 297 zł od osoby.



środa, 14 czerwca 2017

Budapeszt za niecałe 300 zł - planowanie + dzień pierwszy


 Przez zimę czułam, że muszę się gdzieś wyrwać, obojętnie gdzie byle zobaczyć coś nowego i ruszyć się z miejsca. Długo szperałam w internecie szukając fajnych ofert. Niestety trudno dostosować korzystną ofertę, kiedy ograniczeniem jest czas. Mieliśmy do dyspozycji okres Świąt Wielkanocnych, a wtedy ceny momentalnie idą w górę. Początkiem marca weszłam na stronę Polskiego Busa i przeglądnęłam połączenia z Krakowa. W oczy rzucił mi się Budapeszt. Byłam tam tylko przejazdem w nocy i wiedziałam, że ma swój urok. Pomyślałam, ok, super ! Wpisałam odpowiednie daty i wyskoczyły mi dokładne informacje, zapisałam i zaczęłam szukać odpowiedniego noclegu.

Jeśli planujemy wyjazd fajnie jest zaplanować najpierw transport, zapisać go, a później sprawdzać noclegi, inaczej jeśli kupicie od razu transport nie patrząc na zakwaterowanie może okazać się, że ceny noclegów będą sporo przekraczały przeznaczony budżet.

Nocleg 

Przeglądałam różne oferty przez niecałe 2 dni, najczęściej daję opcję "ceny rosnąco". Nie zależy nam na tym, żeby hotel/hostel miał nie wiadomo jakie warunki, skoro i tak większość czasu spędzamy poza nim. Moją uwagę zwrócił niebanalnie urządzony hostel za (o dziwo) niewielką kwotę 60 euro za dwie osoby na dwie noce. Od razu wysłałam link do chłopaka no i tak jakoś długo nie trzeba było się zastanawiać, zwłaszcza że miał opcję odwołania rezerwacji początkiem kwietnia. Napisałam "o dziwo" z tego względu, że kilka dni temu sprawdziłam z ciekawości ile kosztuje na chwilę obecną i ceny sięgają nawet 800 zł. Jednak mogę powiedzieć, że WARTO ! Ma niesamowitą atmosferę i spowodował, że Budapeszt będzie nam się kojarzył własnie z nim.

Jeśli wybieramy się gdzieś z plecakiem, przy wyborze noclegu należy szczególnie zwrócić uwagę na to czy hostel zagwarantuje nam ręczniki. Wtedy zaoszczędzamy sporo miejsca.

Transport 

Sprawdziłam jeszcze raz ceny busa...nie podskoczyły ! super, bierzemy. Trzeba pamiętać, że ceny z dnia na dzień mogą się zmieniać, dlatego najlepiej jest nie zwlekać. Bilety kupiliśmy 5 marca za cenę 112 zł na dwie osoby.

Wyżywienie 

Niestety nasz hostel nie miał w ofercie nawet śniadania, więc zostało jedno...jakoś damy rady ! Od zupek chińskich jeszcze nic nikomu się nie stało ;)...poza tym to tylko niecałe trzy dni.
Jeśli wybieracie się gdzieś, gdzie występuje obca waluta i macie możliwość kupienie jedzenia jeszcze w Polsce to jest to fajny sposób na zaoszczędzenie pieniędzy. Na Węgrzech walutą są forinty, w przeliczeniu na złotówki; 1 HUF = 0,01 zł. W cenach dużej różnicy nie ma.

Plan 

Lubię mieć wszystko zaplanowane i też lubię planować. Dlatego kilka dni wcześniej rozpisałam każde miejsce chronologicznie tak, jak będziemy zwiedzać. Najważniejsze punkty mieliśmy opisane włącznie z historią, żeby po powrocie wiedzieć więcej niż tylko mieć odhaczone zobaczenie. Wydrukowaliśmy mapy metra i miasta, zaznaczyłam po kolei na mapie miejsca, a w osobnym zeszycie przykleiłam wzmianki zgodnie z numerami.

Pobudka około 5:00 rano w sobotę 15 kwietnia, obudziło mnie słońce. Z domu wyjechałam po 7:00 do Tarnowa, tam spotkałam się z Emilianem i razem poszliśmy na pociąg Tarnów-Kraków o godzinie 9:15. Mieliśmy jeszcze sporo czasu- autobus do Budapesztu wyjeżdżał o 13:05. Zjedliśmy wczesny obiad i poszliśmy do sklepu kupić coś na drogę (bułki z kotletem już były w plecaku :D ). Do Budapesztu jedzie się dokładnie 7 godzin, więc na miejscu byliśmy o 20:05. Autobus zatrzymuje się na dworcu Kelenföld, centralnie tam znajduje się stacja metra "Kelenföldi pályaudvar", kupiliśmy bilety w automacie ( koszt jednego to 350 Ft = 4,80 zł ) i przejechaliśmy 6 stacji. Wysiedliśmy na "Kálvin tér" gdzie do hostelu było około 200 metrów. Jest położony na wprost Muzeum Narodowego Magyar Nemzeti, także nie było żadnego problemu z trafieniem. Zadzwoniliśmy domofonem, ale coś słabo było słychać...po powtórzeniu kim jesteśmy, Dori (tak miałam na imię osoba mieszkająca w tym obiekcie) otworzyła nam drzwi i weszliśmy do środka. Hostel znajdował się na trzecim piętrze starej kamienicy. Na drugim piętrze zaczęły się typowe dla niego rysunki oraz kolorowe światła...pierwsze wrażenie WOW. Widzimy bramę, a za nią czekającą na nas kobietę, otworzyła nam i zaprosiła do środka. Zaprowadziła nas do wnętrza budynku...drugie wrażenie; znowu WOW ! Wszystko było tak niesamowicie kolorowe i różnorodne, że to WOW nie jest w ogóle przesadzone. Usiedliśmy w głównym pomieszczeniu hostelu; Dori od razu zaproponowała nam coś do picia;  kawa, herbata bądź alkohol. Odmówiliśmy, lecz ja sobie pomyślałam że skoro kawa i herbata praktycznie wszędzie są takie same (+była już późna pora) to może poczęstuje mnie jakimś dobrym, tradycyjnym alkoholem (sama zapewniała, że dla nich to jak soczek ), pomyślałam "oo fajnie, słodka nalewka"...nalała mi kieliszek czystej...
Usiedliśmy, a ona wyciągnęła regulamin hostelu oraz mapę Budapesztu, zaczęła tłumaczyć co i jak oraz  zaznaczać na mapie najważniejsze miejsca, dała nam też wskazówki dotyczące fajnych klimatycznych knajpek oraz klubów nocnych. Mapa też była klimatyczna, wszystko było tak super zorganizowane, że już nam się podobało. Kiedy ona odwróciła się po długopis, ja wzięłam małego łyka...jeszcze nigdy nie piłam tak mocnego alkoholu ! Nie wiem czy to nie był przypadkiem sam spirytus..ale było to tak okropne, że myślałam że nie odważę się wypić do końca. Po około 10 minutowej pogawędce, zaczęliśmy wstawać od stołu i wtedy łyknęłam do końca (nie wypadało mi zostawić skoro to była ich gościnność ). Zaczęła nas oprowadzać, pokazywać łazienki, tłumaczyć co, gdzie i jak oraz pokazywać jak otwierać bramy. Skończyła opowiadać, podziękowaliśmy i poszliśmy do swojego pokoju, a ja czułam że mnie lekko sieknęło (ja rozumiem że mam słabą głowę, ale po pół kieliszka ? Tłumaczę sobie, że zmęczenie też wzięło górę ).



Rozpakowaliśmy się i poszliśmy na miasto. Kierowaliśmy się w stronę wzgórza Gellerta, przeszliśmy przez most i od razu znaleźliśmy się przy wyjściu na górę. Budapeszt w nocy jest bardzo efektowny, a z góry było widać całą jego panoramę. Poszwendaliśmy się przez chwilę i zeszliśmy drugą stroną. Wyszliśmy koło Łaźni Gellerta. Znaleźliśmy się przy Moście Wolności, przeszliśmy na drugą stronę, gdzie zaraz obok znajduje się hala targowa. Po drodze mieliśmy w planach wejść do sklepu, żeby kupić pieczywo na śniadanie (mieliśmy na uwadze to, że są Święta i nie wszystkie sklepy będą czynne, zwłaszcza że było po 23:00 ). Weszliśmy do sklepu wskazanego przez Dori i pierwsze co zauważyliśmy, a raczej usłyszeliśmy to muzyka. W polskich sklepach zazwyczaj albo nic nie słychać, albo muzyka jest monotonna i nudna. A tam ?...klubowe remixy ! i to puszczone na prawdę głośno. Jak później się okazało, dosłownie w każdym sklepie do którego wchodziliśmy; czy był to sklep spożywczy czy sklep z pamiątkami to leciała głośna muzyka klubowa. Kupiliśmy co trzeba i wróciliśmy około północy do hostelu. Była już pustka, w głównym holu nikogo nie było, więc na spokojnie zrobiliśmy sobie herbatę i na chwilę usiedliśmy. 





Tego dnia zrobiliśmy około 4 km, wychodząc po 21:00 z hostelu. Zobaczyliśmy Budapeszt nocą, wzgórze Gellerta, Most Wolności, przeszliśmy koło Łaźni Gellerta i hali targowej.



poniedziałek, 12 grudnia 2016

Ograniczenia

Czy kiedykolwiek zastanawialiście się nad tym jak ogromny jest świat i jak mało jesteśmy w stanie zobaczyć w życiu ? Na Ziemi żyje około 7,2 miliarda osób, każdy z nas ma własne życie, środowisko i prawdopodobnie jest w stanie zobaczyć tyle na ile sam może sobie pozwolić. Zdarzają się wyjątki osób żyjących "na walizkach", którzy mają możliwość zobaczenia więcej. Jednak zdecydowana większość nie zna innego miejsca niż to, w którym się urodziło. Zastanawiałam się kiedyś jakby wyglądało moje życie gdybym urodziła się w całkowicie odmiennym środowisku. Zapewne również nie znałabym innego i dalej zastanawiałabym się jakby to było żyć gdzieś indziej... Dlaczego więc mamy być ograniczeni tylko do miejsc które znamy, skoro w innym życiu nie będziemy mieli takiej możliwości ? Nie chodzi tutaj tylko o kraje w tej samej strefie klimatycznej, ale też o te które są oddalone pare, parenaście tysięcy kilometrów od nas. Ludzie nie korzystają z tego aby zwiedzać i odkrywać nowe, odmienne miejsca, co najlepsze większość w ogóle nie interesuje się tym jak żyją inni.
Dużym problemem by odkrywać co kryje świat jest kwestia pieniędzy. To oczywiste że nie każdego stać na wielkie wyprawy i nie każdy może sobie na to pozwolić, ale czy zauważyliście że osoby posiadające środki aby to realizować wybierają opcje all inclusive, a ich czas spędzony podczas podróży ogranicza się tylko do leżenia z drinkiem przy basenie ? Teraz dochodzi nawet do tego, że wyjście na naturalną plaże graniczy z cudem. Nie mają wiedzy na temat kraju do którego się udają, nie mają pojęcia jak żyją ludzie, nie interesuje ich to jaki tryb życia powadzą. Nie pogłębiają wiedzy na temat świata, w którym sami żyją. Oczywiście nie neguje osób, które tak właśnie spędzają swój czas na odpoczynek, ale jeśli już leżycie przy basenie to poczytajcie cokolwiek o miejscu w którym się znajdujecie.


Nie masz okazji zobaczyć jak wygląda życie w Indiach, Nowej Zelandii czy Meksyku ? Włącz internet, weź książkę lub obejrzyj program podróżniczy aby pogłębić wiedzę na temat innego życia.
Dlaczego mamy być nieciekawi świata, w którym sami funkcjonujemy ? Mamy jedno życie i bardzo mało możliwości zobaczenia tego co kryje Ziemia.

"Przeciętny człowiek nie jest specjalnie ciekaw świata. Ot żyje, musi jakoś się z tym faktem uporać, im będzie go to kosztowało mniej wysiłku- tym lepiej. A przecież poznawanie świata zakłada wysiłek, i to wielki, pochłaniający człowieka. Większość ludzi raczej rozwija w sobie zdolności przeciwne, zdolność aby patrzeć- nie widzieć, aby słuchając- nie słyszeć" R. Kapuściński


sobota, 19 listopada 2016

Recenzja książek I


Powiem szczerze, że nie lubię czytać książek. Nie wkręciłam się jeszcze w czytanie powieści, może dlatego że zazwyczaj trafiałam na nudne historie.
Jednak książki motywacyjne, poradniki czy właśnie takie, które pogłębiają wiedzę to coś innego. wciągają i to dość konkretnie. Fajnie jest się dowiedzieć czegoś nowego niż czytać zmyślone opowieści, które może i zwiększają wyobraźnie, ale nie wnoszą nic do życia. 



"Jesteś Cudem- 50 lekcji jak uczynić niemożliwe możliwym"- Regina Brett 

Jak sama nazwa wskazuje to zbiór lekcji, które zawierają odrębne, życiowe historyjki. W pełni motywują do tego aby być lepszym w dotychczasowym życiu. Czyta się ją lekko i szybko, jednak polecam czytać każdą lekcję z osobna, co wieczór przed snem, tak aby przeanalizować i wynieść jak najwięcej. Przyznam, że niektóre lekcje mnie nudziły i miałam wrażenie, że autorka za bardzo chce pokazać swoją rację. Jednak znowuż inne (większość) sprawiały, że zdarzało mi się lekko popłakać. Jeśli dotychczas nie słyszeliście o niej to zaznaczam, że jest to jedna z trzech części. Kolejne to: "Bóg nigdy nie mruga" i "Bóg zawsze znajdzie Ci prace". Dodaję zdjęcia spisu treści, tak aby przybliżyć wnętrze tej książki. Ogólna ocena za całokształt to: 8/10





 "Potęga podświadomości" - Joseph Murphy

 Polecam każdemu ! Dowiecie się wielu praktycznych rzeczy o własnym umyśle, o tym jak działa świadomość i podświadomość. Jedna z lepszych książek tego typu jakie przeczytałam, ale przyznam że w niektóre fakty ciężko uwierzyć i w pewnych momentach czytałam z niedowierzaniem. Dzięki niej nauczyłam się sprowadzać swoje myśli na właściwy tor i co najważniejsze odrzucać myśli niepotrzebne. Początek książki nieco mnie nudził, ale to dlatego, że już wcześniej miałam jakiekolwiek pojęcie na temat podświadomości, jednak nigdzie wcześniej nie spotkałam się z radami dotyczącymi tego, jak w pełni jej używać. 9.5/10




"The book of you" - Jamie Oliver 

Książka w bardzo ciekawej formie. Zawiera 365 mikroakcji na każdy dzień w roku. Dodatkowo po każdym miesiącu są pytania,miejsce na przemyślenia i zapisanie swoich zmian. Zawiera mikroakcje w kategoriach: jedzienie, umysł, ruch i miłość. Ma za zadanie pomóc czytelnikowi wyrobić nowe nawyki. Jest przejrzysta, uzupełniona obrazkami, a każda mikroakcja opisana jest w kilku zdaniach. Czyta się ją szybko i przyjemnie, właściwie to wracam do niej bardzo często, ale od Nowego Roku chcę przeczytać ją jeszcze raz tak jak zalecają autorzy. 10/10 




poniedziałek, 14 listopada 2016

Zmniejsz wymagania

Coraz częściej nie zauważamy tego co nas otacza. Nie doceniamy tego co mamy, a wymagamy zdecydowanie za dużo, pytanie tylko dlaczego ? Siła internetu w dzisiejszym świecie jest tak potężna, że możemy pokazać dosłownie wszystko. Najczęściej są to rzeczy przyjemne dla oczu i miłe dla umysłu. Czy zauważyliście może, że przeglądając ładne zdjęcia czujemy się "fajnie" i w pewnym sensie zapominamy o życiu codziennym ? Później jednak bez świadomości wymagamy od życia więcej niż możemy mieć, a to z kolei powoduje że czujemy się coraz częściej nieszczęśliwi. Zgadzam się z tym, że w internecie możemy zaczerpnąć inspiracji, ale czy my czasem nie robimy tego nagminnie?  Przykładem jest popularny Instagram; pełno ładnych i przyjemnych dla oczu zdjęć, dzięki którym możemy na chwilę wyłączyć się z życia codziennego i poczuć się "fajnie" oglądając najczęściej profile osób, które mają w naszych oczach niesamowite życie. Po wyłączeniu wracamy do rzeczywistości zastanawiając się nad naszym jakże szarym życiem; bo przecież ktoś ma lepiej od nas, żyje lepiej, a my właśnie musimy wracać do własnych obowiązków. Oglądając to, zapominamy o drobnostkach i chcemy mieć więcej niż w rzeczywistości możemy posiadać.

Wszystko dzieje się w naszych głowach. Dlaczego coraz rzadziej cieszymy się z błahych czynności czy rzeczy? Przecież zwykłe wyjście na spacer czy wypicie herbaty może sprawiać radość. Jedną z głównych zasad żeby cieszyć się taką prostą chwilą jest odstawienie telefonu. To on powoduje że nasz umysł przy tych prostych czynnościach jest zdekoncentrowany i nie skupia się na nich.
Skup się na czynności, którą w danej chwili wykonujesz. Spróbuj ! DZIAŁA !



czwartek, 3 listopada 2016

Czy było warto ? Trochę o mnie

Zastanawiałam się nad tym czy opisywać swoje życie i zmniejszyć obszar własnej prywatność. Stwierdziłam jednak że nie opiszę może wszystkiego dokładnie, ale z ogółu, bo przecież nie mam nic do ukrycia. Nie odczuwam też jakiejś specjalnej potrzeby zatajenia tego. Przecież wszystko jest dla ludzi, a jeśli kogoś mało to obchodzi to niech nie czyta dalej.

We wcześniejszym poście wspomniałam, że schody zaczęły się od zakończenia prowadzenia wcześniejszego bloga, tak też było, ale mam wrażenie że bardziej zaczęło się od lekcji WOS-u i niejakich prasówek oraz chęci uzyskania oceny z aktywności, a zakończenie działalności dotyczącej bloga tylko to spotęgowało ( więcej wolnego czasu na rozmyślanie ). Dlatego też zaczęłam nagminnie czytać wiadomości, a właściwie "pierdoły" pojawiające się w sieci. Rok 2014 był rokiem kiedy największym wydarzeniem było rozpoczęcie wojny na Ukrainie. Mimo że w mediach było o tym głośno od kilku miesięcy, ja zaczęłam się tym dogłębnie interesować we wrześniu 2014 roku. Na początku sporadycznie, ale w pewnym momencie przestałam to kontrolować. Oglądałam i czytałam dosłownie wszystko, spędzałam na tym kilka godzin dziennie. Był to okres kiedy praktycznie na każdym portalu było napisane, że rozpoczęła się III wojna światowa, wchodziłam w wypowiedzi ludzi, szukając usilnie zaprzeczenia, aby samą siebie uspokoić, ale jedyne co znajdowałam to nakręcających się ludzi. Rok 2014 to również rok kiedy zaczęto otwarcie mówić o organizacji ISIS. Byłam podwójnie nakręcona.... Do tego doszły myśli dotyczące mojego prywatnego życia, zaczęłam się bardzo bać tego, że moje życie będzie beznadziejne i nieudolne, że wszystko co dobre już za mną. Kumulując to wszystko doprowadziłam siebie do takiego stanu, że w pewnym momencie zastanawiałam się czy jest sens w ogóle istnieć (tak, niestety). Cholernie bałam się wszystkiego, wojny, przyszłości, życia, świata...Często zdarzało mi się płakać. Czułam się tak bezsilna, że w pewnym momencie na przerwie w szkole podeszłam do wychowawczyni, rozpłakałam się i powiedziałam, że już nie daje rady ( zupełnie nie mam pojęcia dlaczego w ogóle to zrobiłam, czułam się trochę tak jakby coś mną kierowało ). Byłam dwa razy u psychologa szkolnego na zajęciach indywidualnych. Trochę się uspokoiłam. Początek grudnia już był okej, nie myślałam aż tak intensywnie, nie śledziłam wiadomości. Później przyszedł dobry czas, kiedy to święta Bożego Narodzenia spędzałam u chłopaka w Paryżu. Zapomniałam o wszystkim, o tym co mnie tropiło i męczyło. Do pewnego momentu....7 stycznia (chyba każdy pamięta), kiedy to miał miejsce zamach na redakcje "Charlie Hebdo". Historia się powtórzyła...znów śledziłam wszystko, byłam uzależniona od wiadomości, pochłaniałam informacje o tej organizacji, o atakach, o tym co nam grozi, oglądałam wszystkie filmiki zamieszczane w internecie, poświęcałam na to każdą wolną chwilę. Byłam tak pogrążona w strachu, że praktycznie każdej nocy płakałam. Bałam się dosłownie wszystkiego. Punktem kulminacyjnym mojego załamania nerwowego było rozstanie, wtedy doprowadziłam siebie do takiego stanu, że ze strachu i z nerwów nie tylko płakałam, ale również wymiotowałam. Okropne uczucie kiedy mój umysł potrafił mnie doprowadzić do czegoś takiego, że sam organizm zaczyna na to reagować. Czułam się dosłownie "zakonserwowana". Byłam tak pogrążona, że nie potrafiłam się z tego wygrzebać. Chciałam czuć się normalnie, ale nie potrafiłam. Gdy myślałam że już jest w miarę okej, to dosłownie każda myśl doprowadzała mnie do takiego stanu, że nie chciało mi się żyć...i tak w kółko. Było to w takim stopniu potężne, że nie potrafiłam normalnie funkcjonować. Nawet dość duża ilość tabletek nie była w stanie mi pomóc.
Poszłam na terapię do psychologa i to chyba w jakimś stopniu odmieniło moje wcześniejsze życie, myślę że nawet to, którym żyłam zanim wszystko się zaczęło.

Czy było warto ? Z perspektywy czasu uważam że tak. Każde wydarzenie w życiu uczy czegoś nowego. Jestem wdzięczna, że tak to się wszystko potoczyło. Musiałam coś przeżyć, żeby spostrzec coś czego wcześniej nie zauważałam. To prawda, że nic nie dzieje się bez przyczyny !


poniedziałek, 24 października 2016

Początek

Szczerze ? Totalnie nie mam pojęcia jak się zabrać do napisania pierwszego posta, mimo że nie jest to mój pierwszy raz w sferze blogsfery. Nie było mnie tu ponad 2 lata, dużo się zmieniło; pewne sprawy zostały zamknięte, a jeszcze inne dopiero się rozpoczynają. Pomimo tego, że poprzedni blog prowadziłam przez około 4 lat to co jak co, ale wypadłam z wprawy. Długo zastanawiałam się nad założeniem kolejnego i chyba wraz z kolejnym etapem w życiu nadszedł ten moment. Poprzedni blog był stricte modowym, ten zatem będzie o różnorodnej tematyce, jednak trzymający się jednego tematu, a właściwie będzie to temat odbiegający od dzisiejszej teraźniejszości. Będzie on skupiał się na naturalnym środowisku, wrażliwości człowieka na otaczający świat, będzie pokazywał życie od tej spokojniejszej strony, z dala od hucznych ulic i prędkości życia codziennego, będzie o tym co w życiu jest ważne, a o czym ludzie na co dzień zapominają.

Poprzez prowadzenie bloga chciałabym poznawać siebie i rozwijać własną osobowość. Czuję też że pisanie nie jest moją mocną stroną, niekiedy brakuje mi swobody w wypowiadaniu się, dlatego tutaj chcę rozwijać tą umiejętność.

Nie ukrywam też że założyłam bloga, aby zagospodarować swój wolny czas i wykorzystać go w produktywny sposób. Wiem jak to jest i ile faktycznie trzeba poświęcić czasu, aby stworzyć coś w sieci. Przez te 4 lata, kiedy zajmowałam się prowadzeniem poprzedniego, nigdy nie zaprzątałam sobie głowy zbędnymi myślami, zawsze miałam gdzieś z tyłu, że po zajęciach mam do napisania posta, a to nie było takie hop siup jak się może wydawać (zrobienie zdjęć, ich wybranie, obrobienie i wreszcie stworzenie posta zajmowało około 2-3 godziny). Kiedy przestałam prowadzić bloga, zaczęły się schody i rozpoczął się najgorszy okres w moim dotychczasowym życiu na myśl którego do teraz mam łzy w oczach. Zaczęłam ZA DUŻO myśleć, miałam ZBYT DUŻO czasu na wymyślanie negatywnych teorii, do takiego stopnia że zaczęłam się bać życia, ale o tym może innym razem :) 

Chce stworzyć coś, co będzie przewodnikiem dla samej siebie, a zarazem będzie pamiętnikiem do którego będę mogła wrócić za kilka lat.